Wystąpienia (nie)publiczne

Posted in Edukacja
06
Mar

Zupełnie nie wiem dlaczego sztukę mówienia (przemawiania) nazywa się występowaniem publicznym. Faktycznie, umiejętność precyzyjnego i estetycznego wysławiania przydaje się niezwykle, kiedy przekazujemy komunikat większej grupie ludzi. Niemniej jednak, przynosi korzyści także, gdy stosuje się ją podczas rozmów w cztery lub sześć oczu. Nie rozumiem też, dlaczego sztucznie uczy się ludzi właśnie przemawiania do publiki zamiast zaszczepiać w nich dbałość o przekaz ustny w każdej sytuacji. W prosty sposób przełożyłoby się to na jakość komunikacji zarówno tej zwanej „publiczną” jak i każdej innej. Moja teza brzmi prosto: dobry mówca to naturalny mówca.

Szkolenia i książki dotyczące wystąpień są jak tabletka od bólu głowy. Załatwiają skutek, a nie przyczynę. Nie kwestionuję wiedzy, którą przekazują. Oczywiście, zdaję sobie sprawę jaką wagę ma mowa ciała, właściwa struktura, płynność wypowiedzi, itd. Nie podoba mi się jednak dzielenie komunikacji na publiczną i niepubliczną. Podział ten nie eliminuje pierwotnej przyczyny problemów mówców, jaką jest stres. Zakłada natomiast, że ktoś kto w komunikacji uważanej za „niepubliczną” nie potrafi złożyć zdania bez przekleństwa zamiast przecinka, po wyjściu przed grupę może zachwycić oratorską kwiecistością, erystyczną biegłością i innymi słownymi fajerwerkami. Otóż może, ale tylko jeśli ma dobry dzień i mówi na temat,w którym jest ekspertem przez duże X. W każdym innym wypadku, nie pomoże wyedukowanie go pod względem technicznym.

Na przykład, mówca będzie osłabiał swój przekaz, bo nie przyzwyczaił się do używania słów nacechowanych emocjonalnie. Wtedy na 100% pojawią się zwroty takie jak:

  • tak jakby,
  • że tak powiem,
  • powiedziałbym,
  • jakiś / takie.

Zwróćcie uwagę, jak często pojawiają się one w codziennych rozmowach. Najczęściej, gdy ktoś szuka wyrazu i po chwili znajduje idealnie pasujący, ale pochodzący spoza jego codziennego słownika. Nawyk osłabiania można wyeliminować tylko poprzez ćwiczenie go w codziennych rozmowach. Podobnie wygląda sytuacja z jękami namysłu typu „yyyy”, „eee” i wieloma innymi złymi przyzwyczajeniami. W codziennych rozmowach, większość z nas pielęgnuje językowe chwasty.

Załóżmy więc, że żyjesz w świecie niepodzielonym na mowę publiczną i niepubliczną. Każdą rozmowę traktujesz jako okazję do szlifowania języka i panowania nad swoim ciałem. Co się dzieje, gdy wychodzisz przed grupę lub kamerę? A no, nic. Stres? Jaki stres? Przecież nie musisz się starać wypaść dobrze, bo na co dzień używasz środków stylistycznych godnych barokowych mistrzów. Jest to dla Ciebie naturalne. Przychodzi samo. Podobnie rzecz się ma z mową ciała, płynnością, itd. Robisz to, co zawsze.
Ponadto, pomyśl, jakie wrażenie możesz wywrzeć, gdy ktoś konfrontuje Twój styl mówienia publicznego i codziennego i zauważa, że niczym się one nie różnią, a przy tym obydwa zachwycają!

Nie ukrywam, że w zyskaniu tej świadomości niezwykle pomogły mi spotkania Toastmasters (na peany na cześć tej organizacji przyjdzie jeszcze czas), ale one stały się jedynie bodźcem do dalszej zmiany. Prawdziwe wyplewianie chwastów z mowy odbywa się poprzez stałą kontrolę nad tym, co i w jaki sposób mówimy. Na początku bywa dziwnie, ale gdy się przyzwyczaisz, efekty przerastają najśmielsze oczekiwania. Powodzenia!

Autorem tekstu jest Marcin Kruk